MindFeeder

TinderQuest

TinderQuest 111 min read

gru 12, 2021 7 min

TinderQuest 111 min read

Reading Time: 7 minutes

W dzisiejszych realiach, świata na wskroś przesiąkniętego cyfryzacją, bycie istotą społeczną wymaga od nas zanurkowania w jego wirtualny wymiar. Są w nim miejsca przypominające bagno, czy wręcz szambo, ale są też i tętniące życiem rafy koralowe internetu. Prawdziwym polem minowym są jednak appki randkowe i to o nich właśnie będzie tu mowa. Jako jeden z wielu, mniej lub bardziej szczęśliwych smartfonoposiadaczy, wyruszywszy na poszukiwanie bliskich i wartościowych relacji, postanowiłem zmierzyć się z najpopularniejszym przedstawicielem tego podłego gatunku – Tinderem. Tak, wiem, Tinder i bliskie, wartościowe relacje, to dla wielu oksymoron. Natomiast statystyki przeczą temu przesądowi. Jak się okazuje nie taki ten smok straszliwy jak go malują. Owszem, kto tam był ten się w cyrku nie śmieje, a co gały widziały, to z głowy nie wyjdzie. Cóż, lada moment appce stuknie okrągłe dziesięć lat i przydałoby się gada w miarę obiektywnie podsumować na tym naszym zapyziałym, polskim podwórku.

Mimo, że chodzę po tym świecie już 30 zim, pierwszy raz zdarzyło mi się zarejestrować w appce randkowej. Jest to więc swoisty dziennik z mojej dziewiczej wyprawy, która okazała się być fascynującą przygodą. Przygodą, której ostatecznym celem jest znalezienie tego po co się tu przyszło i pokonanie bestii przez wyrejestrowanie się z niej. Zderzenie, z tym jakże odmiennym światem, na tyle mną poruszyło, że marzę o napisaniu własnej, o kilka poziomów lepszej, pod każdym względem, appki. Cóż – zboczenie programisty. Niestety, mając świadomość, że jej sukces, w przeważającej mierze, spoczywałby w garści wiecznie głodnego bożka marketingu, któremu trzeba by zapewnić stały i szeroki dopływ mamony – swoją frustrację, jak również pozytywne doświadczenia, wylewam niniejszym.

Tworząc profil, co jest niezbędnym i koniecznym warunkiem, aby móc w ogóle korzystać z Tindera – musimy dodać chociaż jedno zdjęcie. Optymalnie jest mieć ich 6, choć można nawet i 9. Mój własny profil, w swych depresyjnych powijakach, miał ich dwa na krzyż. Raz, dlatego, że byłem totalnie zielony w te klocki i nie nawykłem do robienia zdjęć samemu sobie, dwa, schudłem na tyle mocno, że wyglądałbym jak trzy różne osoby wrzucając zdjęcia starsze niż ostatnie pół roku. Przejrzawszy, więc galerię wybrałem takie dwa, które ujdą w tłoku i rzuciłem się w otchłań.

Nie miałem bladego pojęcia wtedy, że rzeczywiście jest to otchłań, bo tak błyszczała i mieniła się wszystkimi kolorami tęczy na każdym kroku. Jej pierwszym aspektem są właśnie zdjęcia. Jest to prawda tak brutalna jak i oczywista. Wszyscy jesteśmy wzrokowcami, bez względu na płeć, wiek, gender, czy szerokość i długość geograficzną. Tak już nas natura wydziergała, że starcza zaledwie jedna piąta sekundy, żałosne 200 milisekund, żeby ocenić czy ktoś się nam podoba, czy też na iskry nie ma żadnych szans. Owszem, jeśli chodzi o szczegółową ocenę atrakcyjności danej osoby, grają rolę przeróżne czynniki. Natomiast mając do dyspozycji zaledwie czyjeś zdjęcie korzystamy z mechanizmu tak do bólu prymitywnego, co przecież kluczowego dla przetrwania ludzkości, a o którego istnieniu solidne 70% społeczności Tindera wydaje się nie mieć bladego pojęcia. W tym miejscu biję się w pierś, bo wcale nie byłem w tym lepszym sorcie. Natomiast errare humanum est! Grunt, to tę pomyłkę umieć dostrzec, wyciągnąć z niej wnioski i zastosować je w życiu. Dzięki temu możemy stawać się lepszymi wersjami siebie i uważam, że prawo do pomyłek powinno być wpisane do konstytucji, ale to już temat na inną operetę.

Adremując, zdjęcia z profili na Tinderze można zakwalifikować do poniższych kategorii:

  • ciemność widzę, ciemność
  • robione ziemniakiem
  • martwa natura
  • pornhub dla ubogich
  • słodkie zwierzaczki
  • instagram copypaste
  • gdzie jest Wally?

i ostatnia, najrzadsza:

  • zawierające twarz, a do tego naturalne i zgodne z rzeczywistością

Jak przecież nie widząc twarzy – nie sposób ocenić atrakcyjność danej osoby. Pozdrawiam tutaj serdecznie wszystkich z opisami „…nie jestem brzydka/brzydki”.

A tak serio, to choćbyście mieli dopieszczony opis na tip top – przy okazji, opisom się dostanie następnym razem – i choćbyście mieli szczerozłote serce, a bozia dała wam dwie złote rączki, jak nie ma chemii, to będzie z tego co najwyżej dobra przyjaźń. A jeśli serio szukacie tylko przyjaźni, to pomyliliście appki. Chociaż takich idealistów również widziałem, ale cóż masochizm to fetysz, jak każdy inny, więc nie oceniam.

Dlaczego więc utrudniać sobie i innym życie wrzucając bliżej niedookreślone produkty zdjęciopodobne?! Przekopywanie się przez profile i tak zdaje się być syzyfową pracą. A nawet jak w końcu zmatchujecie się i wymienicie kilka zdań, a wasza konwersacja nie umrze z nadmiaru innych osób na horyzoncie, tak, że finalnie zdobędziecie ten Święty Graal, jakim jest randka w realu – jest wysoce prawdopodobne, że cały poświęcony przez was czas wyjebiecie koncertowo w te 200 milisekund do kosza. Jeśli między wami nie iskrzy, pożegnajcie się grzecznie i każdy niech wraca do siebie. Proste jak drut. Nie warto marnować więcej czasu. A oni nie, idą dalej na tę randkę, bo wypada, czy coś. Jakby kurna czas można było kupić na promce w biedrze. Owszem jest miliard rzeczy, które są także ważne poza fizycznym podobaniem się sobie nawzajem, ale jeśli tego jednego elementu braknie, to wszystkie one są bez znaczenia. Niestety, albo wasze współczynniki gracji są kompatybilne, albo jest po ptokach.

Możliwe, że część osób wychodzi z założenia, że brak im talentu fotograficznego, ale to nie muszą być naprawdę zdjęcia jak z żurnala. Nie ma randkowania bez szczerości. Po prostu nie da się wciąż i wciąż zgrywać kogoś kim się nie jest. Chyba, że jest się schizofrenikiem, ale pomińmy wszelkie odchyły od przeciętności. Im prawdziwiej, wprost i zgodnie z rzeczywistością się przedstawisz, tym sensowniejsze i zdrowsze relacje masz szansę zbudować. Rozumiem, że jest sporo osób, które są tam nastawione jedynie na friends with benefits, czy stricte seks per se. Natomiast, może nie uświadamiamy sobie, ale nawet takie, nienastawione na partnerstwo konstrukty są również relacjami, a podstawą każdej relacji jest szczerość. Jak dla mnie powinien być w ogóle wybór w ustawieniach wyszukiwania osób, że interesuje mnie:

  • FwB – friends with benefits
  • OnS – one night stand
  • Stały związek
  • lub
    • cokolwiek
      • innego

i tylko na osoby tak samo zainteresowane tego typu relacją powinno się trafiać. Definitywnie jest to brakujący ficzer, przez którego brak wiele osób marnuje mnóstwo czasu swojego i innych. Odwołuję się do czasu po raz kolejny, bo jest on bezcennym i wyczerpalnym zasobem, który nieubłaganie upływa i przecieka nam przez ręce. Prostytuujemy się w mniej lub bardziej ludzkich zawodach, aby zarobionym hajsem kupować czas innych osób, a zaoszczędzić swój własny, tylko po to, żeby potem przepierdalać go na mnóstwo bezsensownych sposobów. Pakowanie się w nierokujące relacje jest niestety jednym z nich.

Z tego samego powodu uważam, że weryfikacja profilu nie powinna być opcjonalna. Ilość profili „martwych”, fejkowych, czy wręcz prowadzonych przez boty jest za duża, jak na tak popularną appkę. Jasne, to generuje ruch. Jasne, kumam aspekt finansowy, ale uważam, że można prowadzić dochodowy biznes etycznie, choć dla wielu jest to jedynie utopijna wizja. Częstym zjawiskiem jest niestety również catfishowanie – kiedy okazuje się, że osoba na zdjęciach nie odpowiada tej w realu. Osobiście, nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby odwalać taką manianę. Jak już mówiłem, nie ma randkowania bez szczerości i to niezależnie od intencji. Tak więc wymaganie weryfikacji profilu w znacznym stopniu zapobiegłoby tego typu sytuacjom.

Niestety, póki co weryfikacja jest opcjonalna i trzeba przekopywać się przez profile ze zdjęciami wszelakiej maści. Choćby takimi w jednolitym kolorze. Moje ulubione przedstawia wodza N’czaku z wojownikami na polowaniu o północy przy księżycu w nowiu – jednym słowem – całkowicie czarne. Inne zaś zawierają być może i piękne, ale pozbawione żywej duszy krajobrazy, lub z przesłodkimi, choć wciąż – samymi jedynie zwierzakami. Jeśli ten trend dalej się utrzyma, to kto wie, może niedługo Tinder wprowadzi narrację profili głosem Davida Attenborough. „A tu oto mamy wyśmienity przykład profilu bliżej niezidentyfikowanego użytkownika płci żeńskiej, tak zalęknionego i niepewnego swojego wyglądu zewnętrznego, że boi się on wykonać pierwszy krok w ludzkim rytuale godowym”. Dopłaciłbym za to.

A kiedy już w końcu pojawi się jakaś duszyczka na takowym zdjęciu, to często-gęsto jest ono w gorszej rozdzielczości niż pirackie filmy nagrywane z rąsi w ruskim kinie. Pikseloza tak daleko posunięta, że najlepsi spece z CSI: Tinder nie potrafiliby jej wyostrzyć. Równie bezradni byliby wobec kolejnej zmory, czyli zdjęć na których taka osoba jest gdzieś hen, hen odległym punktem, lub widzimy jedynie jej zadnią część, albo jakiś inny profil non en face. No i na koniec wisienka na torcie – szał ciał. Przeglądając nagie torsy, dekolty i inne części ciała, których tu nie wymienię, coby mnie wyszukiwarki nie zbanowały, w mojej głowie odbija się echem: „co autor miał na myśli?”.

Pominąwszy jednak już nawet aspekt zdjęć, które nijak pozwalają chociaż jako tako wyobrazić sobie osobę – którą musimy w tym momencie zdecydować czy chcemy przesunąć w prawo, jako match, czy w lewo, jako nope – są wreszcie takie, które tę osobę na nich zawierają. Niestety, marzeniem ściętej głowy często jest chociaż jedno na którym dobrze widać twarz: bez okularów przeciwsłonecznych, maseczki, cyfrowych filtrów, czy dziwnych min, które zaburzają percepcję. To nie jest Instagram, żeby wrzucać takie zdjęcia i i tak przecież można go podlinkować – bezpośrednio lub w opisie. Nie zrozumcie mnie źle, tam jest tona dobrych zdjęć, ale Instagram narzuca pewien wyidealizowany styl. Większość użytkowników tworzy tam nierzeczywisty obraz siebie, czyli ostatnie czego chcecie w randkowaniu. Dlaczego tak się czepiam twarzy? Ponieważ wbrew popularnej opinii, czy wręcz przesądowi – zmaskulinizowana część społeczeństwa, tak samo jak i ta pozostała, zwraca większość uwagi właśnie na twarzy i to w pierwszej kolejności, i po niej w dużej mierze ocenia atrakcyjność danej osoby. Nie po cyckach, bickach, ani tyłku i to zarówno spotykając kogoś w realu, przeglądając fotki w necie, czy nawet wybierając porno, do którego dzisiaj zrobi sobie dobrze. Takie są brutalne realia mechanizmów, które nami rządzą od setek pokoleń, a które zwłaszcza przez ostatnich kilka, są tak niemiłosiernie ignorowane.

Czy umieszczać zdjęcia z dziećmi? Uważam, że jeśli chodzi o te z własnymi dziećmi – definitywnie – w innym wypadku może to być mylące. Owszem, randkujący rodzice istnieją – sam jestem jednym z nich. Dlatego rozumiem wątpliwości, które budzą się na myśl o jakiejkolwiek wzmiance na profilu o byciu rodzicem, ale dzięki temu nie będziecie marnować czasu na ludzi, dla których wasze dzieci byłyby problematyczne. Nie jestem jedynie za tym, aby było widać ich twarze, ale na to jest mnóstwo sposobów.

Pójdę jeszcze o krok dalej.  Najlepsze zdjęcia to te, które pokazują waszą osobowość. Opisują was tak niewerbalnie. Tego typu zdjęcia jest bardzo ciężko spotkać na Tinderze. Nie mi wyrokować czego to jest pokłosie: mody, lenistwa, wyścigu szczurów, czy czegokolwiek innego. Podsumowując – to właśnie zdjęcia są waszą pierwszą linią przyciągania. To tam możecie przekazać informacje niemieszczące się w 500 znakowym opisie i zanim, o ile w ogóle, ten ktoś zwróci na niego uwagę. Pokażcie jakiś kawałek waszej tożsamości, a nie generyczne zdjęcie, na którym mógłby być równie dobrze ktokolwiek inny.

Array

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *